hell O

•Czerwiec 30, 2010 • Dodaj komentarz

Kiedy byłem mały i głupi dostałem od rodziców kredki. Była to pierwsza magiczna rzecz w moim życiu, dzięki której mogłem do szarej rzeczywistości dodać kolor i wtedy zawsze robiło się ciekawiej. Najciekawiej zrobiło się kiedy dodałem kolor na ścianach w pokoju rodziców, wtedy życie przyspieszyło i w ułamku sekundy mignęły mi przed oczyma wszystkie dotychczasowe wyczyny i nauczyłem się sterować czasem. Kiedy siedziałem z kredkami nad pustą kartką, myślałem co można narysować i po buzi ciekła mi cieniutka stróżka śliny z mojego systemu chłodzenia, czas upierdliwie zwalniał, natomiast, gdy w mojej główce coś błysnęło i pojawił się pomysł, siadałem nad kartką i czas przyspieszał i godziny przelatywały jak z bicza strzelił.

Pewnego dnia pojawił się w mojej głowie pomysł tak jasny, że musiałem mrużyć oczy. Usiadłem wtedy z kredkami przy stole i czas przyspieszył i kiedy się ocknąłem miałem już dowód osobisty a w moim pokoju stał komputer. Chciałem wiedziec czy coś mnie może ciekawego ominęło i postanowiłem cofnąć się w czasie (znowu pokolorowałem ściany w pokoju rodziców). Nie działo się nic szczególnego ale zauważyłem kolejną prawidłowość. Otóż cofanie się w czasie łączy się w jakiś dziwny sposób z bólem w okolicach lędźwi. Zmieniło to tylko tyle, że rysowałem na leżąco.

Jak już wspominałem, w moim pokoju stał komputer. Zawsze uważałem, że to stworzenie jest pełne pomysłów, cały czas coś w nim błyskało i migało, a kiedy przed nim usiadłem (chciałem zobaczyć jakie ma pomysły) zaczął na mnie warczeć i wydawał odgłosy jakby się zadławił czym. Przestraszyłem się wtedy, że coś mu dolega i pobiegłem po rodziców, żeby mu pomogli, jednak okazało się że ten typ tak ma – trochę jak starszy człowiek, który przy oddychaniu wydaje różne dziwne odgłosy od sapania zaczynając, a na prychaniu, kasłaniu i robieniu „bleeeh” kończąc.

Na komputrze widziałem cały czas tylko jeden obrazek i żadnych pomysłów. Mówiłem do niego, przekonywałem, wciskałem chrupki dla psów i nie pokazał mi żadnego ze swoich pomysłów. Może to kwestia interpretacji jednak zacząłem podejrzewać że komputer tak na prawdę jest pożeraczem pomysłów. To by się zgadzało, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy tata wstawał rano, miał ogromny zapał do pracy i chodziliśmy do parku z psami, a kiedy wracaliśmy do domu, tata siadał w moim pokoju i kilka godzin później, kiedy wstawał od komputera, miał puste spojrzenie i mokrą koszulkę w miejscu gdzie ściekała ślina. Myślałem na początku, że tata pracuje, ponieważ wyglądał podobnie jak ja kiedy rysowałem ale w komputerze nie widziałem żadnych prac mojego taty i wiedziałem że jest to prawdziwy pożeracz pomysłów.

Postanowiłem zbadać ten problem i bardzo uważnie obserwowałem tatę kiedy siedział przed komputerem.

Tata siadał, komputer warczał i się dławił i pojawiał się ten sam obrazek, który ja widziałem. Ten sam obrazek za każdym razem. Tata kładł ręke na takim mydełku na sznurku, które sprawiało, że strzałka na obrazku się poruszała.

Najpierw myślałem, że to mydełko na sznurku to zabawka komputera i jest do niego przywiązana, bo komputer nie może chodzić i żeby miał ją zawsze blisko siebie jak będzie chciał się bawić. Tata powiedział, ze to nie mydło ale myszka. Nie pomyliłem się bardzo, też na „m”.

Kiedy strzałka znalazła się w pewny miejscu, wtedy na obrazku pojawił się biały prostokąt i (nie uwierzycie) tata zaczął pisać. Pisał i pisał i kiedy już napisał to sprawił, że pojawiły się jeszcze inne obrazki, a kiedy skończył, wstał od komputra i powiedział „Napisałem to pismo i wysłałem je do firmy. Mają siedem dni, żeby na nie odpowiedzieć”.

Byłem w ciężkim szoku. Mój tata siedząc przed komputerem i kierując strzałką na różne obrazki „wysłał pismo do firmy”. Nawet ja, kiedy wysyłałem listo do Świętego Mikołaja musiałem się natrudzić idąc półtora kilometra w śniegu i mrozie na pocztę. Niesamowite.

Zainteresowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłem jeszcze wnikliwiej zbadać sprawę pożeracza pomysłów i poprosiłem tatę, żeby mi wszystko wytłumaczył. Dowiedziałem się wtedy o niesamowitych rzeczach i dostałem program do rysowania – podobny trochę do programu w telewizji, z tą różnica że tam się obraz nie poruszał tak szybko.

Od razu zacząłem poznawać możliwości tego programu i (jak już wspominałem o tych wszystkich hecach z czasem) ocknąłem się w XXI wieku.

Czy coś mnie ominęło? Co straciłem? Skąd się wzięły koty w moim domu? Co to znaczy „rozwód”

Postanowiłem znów się cofnąć w czasie, jednak teraz nic się nie stało. Straciłem moc? Gorzej. Komputer zabrał mi moc!

Stało się tak chyba dlatego, że rodzina nie była w komplecie i nie posiadała już takiej siły, która była niezbędnym czynnikiem do podróżowania w czasie.

Postanowiłem jednak, że nie odpuszczę (mam tę cechę od terrierów, które mnie wychowywały razem z rodzicami).

Rysowałem po ścianach jak wariat. Drzewka, chmurki, zwierzątka. Najpierw w pokoju mamy, potem w moim pokoju. Nic się jednak nie stało. Aż pewnego razu, kiedy poszedłem z kolegami na spacer stało się coś niesamowitego. Koledzy palili w parku papierosy ale, ze byli biedniejsi to skręcali je samemu. Wyglądały śmiesznie, bo kształtem przypominały maczugę ale ładniej pachniały niż papierosy, które palili rodzice. Poczęstowali mnie mówiąc „chcesz spróbować zielonej mocy?”. Zapytałem co to jest owa „zielona moc”. Powiedzieli, że „zielona moc” mnie odpręży i sprawi, że czas zwolni. Fantastycznie. Oni też interesują się podróżami w czasie.

Spróbowałem.

Rzeczywiście czas jakby zgęstniał ludzie przechodzący obok pozostawiali za sobą ładne wielobarwne smugi, a ja dostałem silnego ataku śmiechu. Nie pamiętam już z czego się śmiałem, czy to z dowcipu jakiego, czy może sytuacja śmieszna się zdarzyła. W każdym razie poruszyłem wśród kolegów mój problem z cofaniem się w czasie. Dokładnie opisałem sposób, w jaki cofałem się w przeszłość. Wywiązała się dyskusja w wyniku której znaleźliśmy się na dworcu kolejowym z duużą ilością farb w puszkach. Postanowiliśmy coś stworzyć. Pomysł był taki, żeby każdy z nas namalował cos ładnego na wagonie pociągu, wtedy nie będą takie ponure. Fantastyczny pomysł. Zabraliśmy się do pracy, a kiedy kończyliśmy, dookoła stało dużo osób podziwiających nasz wysiłek. Były kobiety, dzieci, ludzie starsi, a nawet policjanci. Wszyscy stali i podziwiali naszą twórczość. Kiedy skończyliśmy podeszli do nas policjanci i zabrali nas na komisariat. Na komisariacie zabrali nam farby, i zaczęli wypytywać czyj to był pomysł, czy coś braliśmy i … wtedy zdarzyło się to, o czym myślałem, że już się nie wydarzy. Kiedy odpowiadałem policjantowi, że jedynie wzięliśmy farby, picie i trochę batoników, policjant się strasznie zbulwersował i zapytał „czy masz mnie za idiotę?”, wtedy właśnie znów cofnąłem się w czasie, jednak okazało się, że niczego istotnego nie przegapiłem w czasie, kiedy poznawałem program do rysowania.

Wróciliśmy z komisariatu strasznie obolali, a jakiś czas później mama dostała od policjantów dużo pieniędzy za to, że tak ładnie pomalowałem pociąg. Poprosiła mnie jednak, żebym już nie malował pociągów.

Przestałem więc malować pociągi i zająłem się poznawaniem innych programów do rysowania.

Poznałem program dzięki któremu, poza rysowaniem, można obrabiać i przerabiać zdjęcia w innym programie nauczyłem się tworzyć plakaty oraz wizytówki, a w jeszcze innym umiem tworzyć prezentacje, animacje oraz strony internetowe.

Programy, których używam są bardzo potężne, posiadają ogromne możliwości i można w nich zrobić bardzo dużo różnych rzeczy, jednak nie zastąpią nigdy rysunku odręcznego.

Komputer zawsze będzie pożeraczem pomysłów. Internet zalewa umysł człowieka strasznie dużą ilością informacji, z których tak na prawdę tylko jeden procent stanowią informacje przydatne, a cała reszta to śmieci, które zabierają miejsce na wyobraźnię i sprawiają, że zaczynamy myśleć „szablonowo”.

Ktoś pracujący w firmie zajmującej się np. skanowaniem dokumentów tak na prawdę nie skanuje dokumentów ale digitalizuje dane. Nie wykonuje zlecenia dla firmy X ale zajmuje się projektem X. Nie zapyta „gdzie jest pudełko z aktami”, tylko powie „gdzie jest box z file’ami”. I najważniejsze. Nie nazywam się Michał Popiel ale „numer 107″.

Przykre jest, że tak bezwiednie poddajemy się standaryzacji, dajemy się zamknąć w ramce i przestajemy wierzyć w siebie, we własne możliwości. Nosimy na ulicy identyfikator z pracy, bo „to nas wyróżnia z tłumu” i „dzięki temu jesteśmy lepsi od innych”. Nie sypiamy po nocach, bo „jak nie podpiszemy umowy, to firma upadnie”. Pieprzenie.

Co z tego że „firma upadnie”, jeśli na jej miejsce powstaną nowe jak grzyby po deszczu. Nawet w dobie wmawianego nam ze wszystkich stron kryzysu. Kryzys jest sprawą działającą na nas podświadomie i tak na prawdę ma wpływ na nasze życie tylko wtedy, kiedy zaczynamy w niego wierzyć. Jest to również idealna wręcz wymówka, żeby nie dać pracownikowi podwyżki albo premii.

Dlatego proszę.
Nie dajmy się zwariować i nie gońmy za wszelką cenę za pieniędzmi, bo i tak wszystkich nie złapiemy.
Róbmy więc swoje i nie przejmujmy się niczym.